Wpisy z tagiem: Premier League

sobota, 18 września 2010
Koguty w końcówce rozdziobały Wilki

Ponad 300, niezwykle długich minut czekali kibice Tottenhamu na ligowego gola ich ulubieńców na własnym stadionie. Złą passę udało się na szczęście przełamać. "Koguty" przegrywały co prawda do przerwy jedną bramką, jednak w ostatnich 15 minutach udało im się doprowadzić do wyrównania, by już w samej końcówce, za sprawą Romana Pawluczenki i Alana Huttona, zapewnić sobie pierwsze ligowe zwycięstwo w tym sezonie, odniesione na White Hart Lane!

Harry Redknapp, jak to ma w swoim zwyczaju, postanowił nieco pomieszać w linii obrony swojej drużyny. Będącego ostatnio kompletnie bez formy Vedrana Corlukę, zastąpił William Gallas. Niby jedna zmiana, jednak roszad w defensywie było więcej. Na prawą stronę powędrował Younes Kaboul, a starszy z naszych francuskich obrońców, razem z Ledley Kingiem tworzyć miał parę stoperów. Manager Tottenhamu podjął również decyzję, by słaby od dłuższego okresu Aaron Lennon nie pojawił się na murawie od pierwszego gwizdka sędziego. Miejsce naszego skrzydłowego zajął Irlandczyk Robbie Keane, co było przyczynkiem do powrotu do systemu 4-4-2. 

Tottenham atakował od pierwszych minut meczu, jednak znakomicie dysponowany Marcus Hahnemann z każdego starcia wychodził obronną ręką. Ani Van der Vaartowi, ani Crouchowi, ani Keane'owi ani tym bardziej Garethowi Bale'owi, nie udało się pokonać bramkarza rodem ze Stanów Zjednoczonych. W wielu przypadkach pomagaliśmy mu w interwencjach; uderzając zbyt słabo, lub niesamowicie niecelnie, by móc chociaż pokusić się o wpakowanie futbolówki do siatki. Jednym słowem - męczyliśmy się niemiłosiernie. 

Jak mówi jedno z wielu piłkarskich powiedzeń, niewykorzystane sytuacje lubią się mścić i tak też niestety stało się w dzisiejszym meczu. Wolverhampton wyprowadziło z pozoru niegroźną kontr, którą po błędzie naszej defensywy, na bramkę zamienił Fletcher. Był to typowe trafienie do szatni. Trafienie, jakie paść zwyczajnie nie miało prawa. 

Na szczęście stracony w ostatnich minutach pierwszej połowy gol, nie załamał piłkarzy Spurs, którzy w drugiej części gry z równą zawziętością atakowali bramkę gości, jednak dopiero w 77 minucie udało nam się wyrównać. Bardzo dobrą akcję prawą stroną przeprowadził, wprowadzony jeszcze przed przerwą za kontuzjowanego Kaboula, Alan Hutton. Szkot wpadł w pole karne, gdzie został sfaulowany przez Chrisa Warda, a sędziujący to spotkanie Mike Jones, nie miał żadnych wątpliwości i wskazał na jedenasty metr. Rzut karny pewnie wykorzystał Rafael Van der Vaart, a Tottenham wrócił do gry. 

W ostatnich dziesięciu minutach gospodarze zamknęli "Wilki" na ich połowie boiska, co zostało przez los nagrodzone. Najpierw Roman Pawluczenko skierował piłkę do siatki, dobijając uderzenie Toma Huddlestone'a, a potem, już w doliczonym czasie gry, Hutton, wykorzystując niezdecydowanie obrony i bramkarza Wolves, przy użyciu sporej ilości szczęścia, zdobył trzeciego gola dla Spurs, ustalając tym samym winik spotkania. 

Gdyby "Koguty" dzisiejszy mecz przegrały, jego ogólna ocena wyglądałaby z pewnością kompletnie inaczej. Bo nie może być tak, że grająca w Lidze Mistrzów drużyna męczy się niemiłosiernie na własnym boisku z angielskim przeciętniakiem. Na szczęście udało nam się odwrócić wynik, dzięki czemu z niecierpliwością, oraz wielką wiarą w sercach, przyjdzie nam teraz czekać na derbowe spotkanie przeciwko Arsenalowi, które już w ten wtorek.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Jedenastka III kolejki Premier League

Jedenastka III kolejki Premier League
Trzecia runda spotkań na angielskich boiskach przyniosła kilka niespodziewanych rezultatów. W bardzo dużej mierze przyczyniło się do tego tych jedenastu piłkarzy, których wybraliśmy do "jedenastki kolejki".
Bramkarz: Brad Friedel (Aston Villa)
To co amerykański weteran wyczyniał w bramce Aston Villi w spotkaniu przeciwko Evertonowi, przechodzi w znacznej mierze ludzkie pojęcie. Dzięki jego dyspozycji Aston Villi do ostatniego gwizdka sędziego udało się obronić jednobramkową zaliczkę z 9. minuty spotkania i zainkasować przy tym trzy punkty.
Prawy obrońca: Luke Young (Aston Villa)
Amerykański bramkarz zwycięstwo wybronił, natomiast angielski obrońca trzy oczka zapewnił. To właśnie bramka doświadczonego defensora "The Villans" sprawiła, że mecz Aston Villa - Everton zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Young jednak równie dobrze radził sobie w defensywie, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł młodemu Marcowi Albrightonowi.
Środkowy obrońca: Nemanja Vidić (Manchester United)
Bardzo dobre spotkanie Serba w ten weekend. Pewny w defensywie, chętnie wybierał się w pole karne West Hamu przy okazji stałych fragmentów gry. W trakcie całego meczu nie popełnił ani jednego rażącego błędu, koordynując linię defensywną Manchesteru United oraz poczynania jego młodszego kolegi, z którym tworzył parę stoperów - Jonathana Evansa.
Środkowy obrońca: John Terry (Chelsea Londyn)
Obrońca reprezentacji Anglii zaliczył bardzo dobry mecz przeciwko Stoke City. Na swoim koncie zapisał asystę przy golu Florenta Maloudy. Jego dobra postawa znalazła odzwierciedlenie w grze całej drużyny Chelsea, która pewnie pokonała ekipę "The Potters" 2:0.
Lewy obrońca: Daniel Agger (FC Liverpool)
Dla Duńczyka był to pierwszy tak ważny mecz w roli lewego obrońcy i trzeba przyznać, że z zadania nałożonego na niego przez managera Roya Hodgsona wywiązał się znakomicie. Agger był nasamowicie pewny w swoich interwencjach, niemal bezbłędny, choć gwoli ścisłości trzeba przyznać, że pomocnicy West Bromwich Albion nie stanowili dla niego większego wyzwania. Mimo to - debiut na pozycji lewego obrońcy Agger miał naprawdę lepiej niż dobry.
Prawy pomocnik: Ashley Young (Aston Villa)
Young był prawdziwym motorem napędowym swojej drużyny. Większość akcji Aston Villi w niedzielnym spotkaniu rozpoczynała się od tego zawodnika. Kilka razy groźne urwał się obrońcom Evertonu, jednak nie udało mu się pokonać bramkarza "The Toffies". Za swoją postawę w trakcie pełnych 90 minut zasłużył jednak na ten wybór.
Środkowy pomocnik: Dickson Etuhu (Fulham)
Gol Dicksona Etuhu zapewnił Fulham bardzo ważny punkt na trudnym terenie w Blackpool. Etuhu oprócz tego był bardzo aktywnym zawodnikiem swojej ekipy. Kilka razy groźnie strzelał na bramkę Gilksa, nieźle rozprowadzał piłkę do swoich kolegów, a co najważniejsze - w 86 minucie strzelił wyrównującą bramkę.
Środkowy pomocnik: Mikael Essien (Chelsea)
Do dobrych występów piłkarza z Ghany, kibice "The Blues" są już raczej przyzwyczajeni. Nie inaczej było i tym razem. Essien rozegrał znakomite zawody, w dużej mierze przyczyniając się do zwycięstwa swojej ekipy. W 84 minucie Essien został zmieniony przez najnowszy nabytek londyńczyków, brazylijczyka Ramiresa.
Lewy pomocnik: Nani (Manchester United)
Nani z całą pewnością był najbardziej wyróżniającą się postacią meczu Manchester United - west Ham United, a może nawet i całej kolejki. Portugalczyk błyszczał na tle niemrawych zawodników "The Hammers", którzy nie potrafili odebrać mu piłki. Dryblingi Naniego często kończyły się niezwykle groźnymi dośrodkowaniami w pole karne, a jedno z nich, w 69 minucie, skończyło się bramką Dimityra Berbatowa. Sam Nani natomiast, na listę strzelców wpisał się w 49 minucie.
Napastnik: Mame Biram Diouf (Blackburn Rovers)
Pomimo, że Blackburn swoje spotkanie przeciwko Arsenalowi na własnym stadionie przegrało, to Mame Biram Diouf zaliczał się do wyróżniających zawodników w tym meczu. Wypożyczony z Manchesteru United Diouf jest piłkarzem, którego Blackburn brakowało od czasu odejścia Roque Santa Cruza do Manchesteru City. "Czerwone Diabły" natomiast mogą być niezwykle zadowoleni ze swojego nabytku. Nie dość, że Senegalczyk nabiera ogłady na angielskich boiskach, to już teraz udowadnia jak wielkimi umiejętnościami dysponuje.
Napastnik: Cameron Jerome (Birmingham City)
Jerome, czując już na plecach oddech innych napastników Birmingham: Nikoli Žigicia oraza Matta Derbyshire'a, rozegrał wspaniałe zawody w meczu na Reebok Stadium. To właśnie po jego dwóch podaniach padły obie bramki dla "The Blues". Niestety, podopieczni Alexa McLeisha wywalczonej zaliczki nie zdołali utrzymać do końca meczu, tracąc bramki w 70. i 80. minucie.

Trzecia runda spotkań na angielskich boiskach przyniosła kilka niespodziewanych rezultatów. W bardzo dużej mierze przyczyniło się do tego tych jedenastu piłkarzy, których wybrałem do "jedenastki kolejki".

Bramkarz: Brad Friedel (Aston Villa)

To co amerykański weteran wyczyniał w bramce Aston Villi w spotkaniu przeciwko Evertonowi, przechodzi w znacznej mierze ludzkie pojęcie. Dzięki jego dyspozycji Aston Villi do ostatniego gwizdka sędziego udało się obronić jednobramkową zaliczkę z 9. minuty spotkania i zainkasować przy tym trzy punkty.

Prawy obrońca: Luke Young (Aston Villa)

Amerykański bramkarz zwycięstwo wybronił, natomiast angielski obrońca trzy oczka zapewnił. To właśnie bramka doświadczonego defensora "The Villans" sprawiła, że mecz Aston Villa - Everton zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Young jednak równie dobrze radził sobie w defensywie, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł młodemu Marcowi Albrightonowi.

Środkowy obrońca: Nemanja Vidić (Manchester United)

Bardzo dobre spotkanie Serba w ten weekend. Pewny w defensywie, chętnie wybierał się w pole karne West Hamu przy okazji stałych fragmentów gry. W trakcie całego meczu nie popełnił ani jednego rażącego błędu, koordynując linię defensywną Manchesteru United oraz poczynania jego młodszego kolegi, z którym tworzył parę stoperów - Jonathana Evansa.

Środkowy obrońca: John Terry (Chelsea Londyn)

Obrońca reprezentacji Anglii zaliczył bardzo dobry mecz przeciwko Stoke City. Na swoim koncie zapisał asystę przy golu Florenta Maloudy. Jego dobra postawa znalazła odzwierciedlenie w grze całej drużyny Chelsea, która pewnie pokonała ekipę "The Potters" 2:0.

Lewy obrońca: Daniel Agger (FC Liverpool)

Dla Duńczyka był to pierwszy tak ważny mecz w roli lewego obrońcy i trzeba przyznać, że z zadania nałożonego na niego przez managera Roya Hodgsona wywiązał się znakomicie. Agger był nasamowicie pewny w swoich interwencjach, niemal bezbłędny, choć gwoli ścisłości trzeba przyznać, że pomocnicy West Bromwich Albion nie stanowili dla niego większego wyzwania. Mimo to - debiut na pozycji lewego obrońcy Agger miał naprawdę lepiej niż dobry.

Prawy pomocnik: Ashley Young (Aston Villa)

Young był prawdziwym motorem napędowym swojej drużyny. Większość akcji Aston Villi w niedzielnym spotkaniu rozpoczynała się od tego zawodnika. Kilka razy groźne urwał się obrońcom Evertonu, jednak nie udało mu się pokonać bramkarza "The Toffies". Za swoją postawę w trakcie pełnych 90 minut zasłużył jednak na ten wybór.

Środkowy pomocnik: Dickson Etuhu (Fulham)

Gol Dicksona Etuhu zapewnił Fulham bardzo ważny punkt na trudnym terenie w Blackpool. Etuhu oprócz tego był bardzo aktywnym zawodnikiem swojej ekipy. Kilka razy groźnie strzelał na bramkę Gilksa, nieźle rozprowadzał piłkę do swoich kolegów, a co najważniejsze - w 86 minucie strzelił wyrównującą bramkę.

Środkowy pomocnik: Mikael Essien (Chelsea)

Do dobrych występów piłkarza z Ghany, kibice "The Blues" są już raczej przyzwyczajeni. Nie inaczej było i tym razem. Essien rozegrał znakomite zawody, w dużej mierze przyczyniając się do zwycięstwa swojej ekipy. W 84 minucie Essien został zmieniony przez najnowszy nabytek londyńczyków, brazylijczyka Ramiresa.

Lewy pomocnik: Nani (Manchester United)

Nani z całą pewnością był najbardziej wyróżniającą się postacią meczu Manchester United - west Ham United, a może nawet i całej kolejki. Portugalczyk błyszczał na tle niemrawych zawodników "The Hammers", którzy nie potrafili odebrać mu piłki. Dryblingi Naniego często kończyły się niezwykle groźnymi dośrodkowaniami w pole karne, a jedno z nich, w 69 minucie, skończyło się bramką Dimityra Berbatowa. Sam Nani natomiast, na listę strzelców wpisał się w 49 minucie.

Napastnik: Mame Biram Diouf (Blackburn Rovers)

Pomimo, że Blackburn swoje spotkanie przeciwko Arsenalowi na własnym stadionie przegrało, to Mame Biram Diouf zaliczał się do wyróżniających zawodników w tym meczu. Wypożyczony z Manchesteru United Diouf jest piłkarzem, którego Blackburn brakowało od czasu odejścia Roque Santa Cruza do Manchesteru City. "Czerwone Diabły" natomiast mogą być niezwykle zadowoleni ze swojego nabytku. Nie dość, że Senegalczyk nabiera ogłady na angielskich boiskach, to już teraz udowadnia jak wielkimi umiejętnościami dysponuje.

Napastnik: Cameron Jerome (Birmingham City)

Jerome, czując już na plecach oddech innych napastników Birmingham: Nikoli Žigicia oraza Matta Derbyshire'a, rozegrał wspaniałe zawody w meczu na Reebok Stadium. To właśnie po jego dwóch podaniach padły obie bramki dla "The Blues". Niestety, podopieczni Alexa McLeisha wywalczonej zaliczki nie zdołali utrzymać do końca meczu, tracąc bramki w 70. i 80. minucie.

niedziela, 29 sierpnia 2010
Kogucia przypadłość. Tottenham przegrywa z Wigan

Harry Redknapp tym razem ze składem swojej drużyny postanowił nie eksperymentować, dokonując tylko dwóch zmian w podstawowej jedenastce Tottenhamu w porównaniu do wygranego meczu w środku tygodnia przeciwko Young Boys Berno. Na prawej obronie Chorwata, Vedrana Corlukę, zastąpił Younes Kaboul, natomiast kontuzjowanego bramkarza Heurelho Gomesa, zmienił Carlo Cudicini. Dużym zaskoczeniem dla fanów "Kogutów" była z pewnością obecność w składzie od pierwszego gwizdka sędziego Ledleya Kinga, który zazwyczaj nie występuje w dwóch spotkaniach pod rząd, rozgrywanych w krótkim odstępie czasu.

Wigan zaatakowało Tottenham wysokim pressingiem już na samym początku spotkania, chcąc jak najszybciej zapomnieć o dwóch druzgocących klęskach z pierwszych kolejkach. Blisko zrealizowania planu ekipa Roberto Martineza była w 8 minucie, kiedy po dośrodkowaniu piłki z rzutu rożnego, w polu karnym futbolówkę głową do Gohouriego zgrał Alcaraz, lecz potężny wolej obrońcy "The Latics" z pięciu metrów przed bramką Cudiciniego, na nasze szczęście, zatrzymał się na poprzeczce bramki Tottenhamu. Chwilę później fatalny błąd w szesnastce popełnił Assou-Ekotto, lecz w porę został on naprawiony przez Michaela Dawsona, który zapobiegł tym samym stracie bramki przez drużynę Spurs. 

Tottenham pierwszy raz groźniej zaatakował bramkę Wigan dopiero w 23 minucie, kiedy po dośrodkowaniu Benoit Assou-Ekotto piłka w polu karnym znalazła się pod nogami Jermaina Defoe, lecz uderzenie reprezentanta Anglii w spektakularny sposób obronił, zastępujący Chrisa Kirklanda, Ali Al Habsi. Kolejną szansę Defoe stworzył sobie dopiero w 40 minucie, kiedy nie dał się przewrócić kilku zawodnikom "The Latics", jedank strzał napastnika reprezentacji Anglii o kilka metrów minął słupek bramki gości. 

W przerwie Redknapp dokonał dwóch zmian w składzie swojej drużyny. Najprawdopodobniej kontuzjowanego Petera Croucha zastąpił Roman Pawluczenko, a popełniającego dziecinne błędy Assou-Ekotto na boisku zmienił Niko Kranjcar. Jak zwykle w takich sytuacjach bywa na lewą obronę przeniósł się Gareth Bale, a Kranjcar zajął jego miejsce na lewej stronie drugiej linii. Wszystko po to, by gra Tottenhamu w drugiej połowie wyglądała lepiej niż przed zmianą stron. Niestety, tak naprawdę nie zmieniło się nic. 

Tottenham przez większą część drugiej połowy dłużej utrzymywał się przy piłce, jednak na dziesięć minut przed końcem spotkania, Wigan przeprowadziło trzy znakomite akcje. Najpierw fatalnie przestrzelił Alcaraz, następnie nie trafił Gomez, lecz już próba Rodallegi znalazła drogę do siatki bramki Cudiciniego. Bądźmy jednak sprawiedliwi - Wigan swoją postawą na tę bramkę zasłużyło.

"Koguty" przegrały na swoim stadionie po raz pierwszy od grudniowego spotkania przeciwko Wolverhampton. Przegrały z drużyną, która w pierwszych dwóch kolejkach straciła 10 bramek, nie strzelając przy tym ani jednego gola. Przegrały mecz z ekipą, którą w zeszłym sezonie pokonały aż 9:1. A co najgorsze, przegrały w dużej mierze na własne życzenie. Bo przecież kto inny mógł pokonać Tottenham na White Hart Lane jak nie ligowy średniak?

wtorek, 24 sierpnia 2010
Porażki kształtują charakter

 

Roberto Martinez to jeden z tych niewielu managerów na Wyspach, którego cenię pomimo słabych wyników, bo wiem, że gdyby tylko piłkarski materiał z jakim przychodzi mu pracować, byłby lepsze jakości, to trener z Hiszpanii potrafiłby uszyć z niego prawdziwe, futbolowe arcydzieło. Niestety dla Martineza na razie musi szlifować swoje trenerskie umiejętności, pracując z drużynami z dolnej półki Premier League.  I choć jestem tego pewien, że kiedyś poprowadzi jeszcze wielką drużynę, to na razie musi wraz ze swoją ekipą zbierać niezłe cięgi na początku rozgrywek. W pierwszej kolejce Premiership, Wigan zostało upokorzone przez beniaminka z Blackpool, który pokonał "The Latics" 4:0. W drugiej rundzie rozgrywek natomiast szans drużynie z DW Stadium nie dał Mistrz Anglii, londyńska Chelsea, która pokonała Wigan aż 6:0. Martinez zapewne nie tak wyobrażał sobie początek rozgrywek...
Martinez swoją karierę z menadżerą rozpoczął w Swansea, klubie którego barwy przez trzy lata reprezentował jako zawodnik. Hiszpan już w październiku 2007, kilka tygodni po otrzymaniu nowej posady, wybrany został managerem miesiąca Ligue One po tym, jak jego drużyna odniosła cztery zwycięstwa w czterech kolejnych meczach. Swansea zaczęło grać bardzo ładny futbol, a Martinez kolekcjonował tytuły "manager of the month" - następny pojawił się na jego koncie w styczniu. Pod koniec trzecioligowej kampanii, Martinez został nominowany do nagrody Manager Sezonu, głównie dzięki temu, że razem ze Swansea (co było wtedy ogromnym zaskoczeniem dla fachowców obserwujących angielski rynek) wygrał ligę.
W Championship "The Swans" radzili sobie niemal tak samo dobrze. Co prawda piłkarzy z Liberty Stadium w pierwszym meczu zjadła jeszcze trema, przez co przegrali spotkanie przeciwko Charltonowi, lecz w następnych trzydziestu potyczkach, Swansea odniosła tylko cztery porażki, co jak na beniaminka trzeba przyznać, że wyczynem jest nielada. W miarę rozwoju sytuacji Martinezem zaczęły interesować się coraz to mocniejsze drużyny. Swoją ofertę do Swansea przysłał między innymi szkocki Celtic Glasgow, lecz to Wigan Athletic ostatecznie udało się przekonać Martineza do decyzji o podjęciu pracy w zespole z DW Stadium.
Niestety dla Martineza w Wigan już tak dobrze mu się nie wiedzie. W poprzednim sezonie drużyna straciła aż 79 goli, głównie dzięki wysokim porażkom z Chelsea (8:0) oraz Tottenhamem (9:1). Dla równowagi "The Latics" udało się pokonać na własnym boisku między innymi z Arsenalem czy Liverpoolem, jednak ostatecznie Wigan zakończyło sezon na 16 miejscu.
Przed nowym sezonem Martinez zaczął więc rozglądać się za piłkarzami, którzy mogą wzmocnić jego zespół i usprawnić grę Wigan, szczególnie w formacji obronnej. Do drużyny z DW Stadium dołączyli więc Ali Al Habsi, Antolin Alcaraz, James McArthur, Ronnie Stam, Mauro Boselli, a ostatnio Steven Caldwell. Czy pomogło to Wigan na starcie rozgrywek? Niekoniecznie...
Dwie, fatalne porażki w dwóch pierwszych kolejkach ustawiły podopiecznych Martineza pod ścianą. I o ile przegraną z Mistrzami Anglii można jeszcze przed sezonem wliczyć w koszta, o tyle pogrom, jaki sprawił Wigan beniaminek, jest już wynikiem niesamowicie zaskakującym. Co więc dzieje się z Martinezem, który przebojem miał zawojować Premier League? Jak już wspomniałem na początku, Wigan nie jest drużyną, której skład pozwala na myślenie o wyższym miejscu już od 10 w dół. Pierwsze 20-30 minut spotkania przeciwko Chelsea udowodniło, że Martinez potrafi ustawić odpowiednio swój zespół. W drugiej połowie coś jednak pękło. Gra przestała się układać, czego efektem aż pięć bramek straconych po zmianie stron.
W następnej kolejce Wigan wybiera się na White Hart Lane, gdzie w listopadzie ubiegłego roku poniosło haniebną porażkę z Tottenhamem. Jak będzie tym razem? Jeśli mam być szczery nie wróżę Wigan na razie nic dobrego. Nie tylko dlatego, że emocjonalnie łączy mnie niesamowicie wielka więź z drużyną z północnego Londynu. Jest też inny powód.
Martinez, tak jak wielkim trenerem dla mnie jest, tak nie umie ustawić swojej drużyny w spotkaniach wyjazdowych. Udowodnił to w Swansea, udowadnia to też w Wigan. Jeśli uda mu się zlikwidować i tę wadę, nie będę widział żadnych przeciwskazań, by w perspektywie kilku lat zajął miejsce Redknappa na ławce trenerskiej Tottenhamu. Na razie jednak niech się uczy. Srogie lekcje z pewnością mu się przydadzą. Na razie cierpi na tym Wigan, ale jestem przekonany, że pod wodzą Martineza i ten klub się jeszcze na kimś odkuje. Być może już na Tottenhamie?

Roberto Martinez to jeden z tych niewielu managerów na Wyspach, których cenię pomimo słabych wyników, bo wiem, że gdyby tylko piłkarski materiał z jakim przychodzi mu pracować, byłby lepszej jakości, to trener rodem z Hiszpanii potrafiłby uszyć z niego prawdziwe, futbolowe arcydzieło. Niestety dla Martineza na razie musi szlifować swoje trenerskie umiejętności, pracując z drużynami z dolnej półki Premier League.  I choć jestem tego pewien, że kiedyś poprowadzi jeszcze wielką drużynę, to na chwilę obecną musi wraz ze swoją ekipą zbierać niezłe cięgi na początku rozgrywek. W pierwszej kolejce Premiership, Wigan zostało upokorzone przez beniaminka z Blackpool, który pokonał "The Latics" 4:0. W drugiej rundzie rozgrywek natomiast szans drużynie z DW Stadium nie dał Mistrz Anglii, londyńska Chelsea, która pokonała Wigan aż 6:0. Martinez zapewne nie tak wyobrażał sobie początek rozgrywek...

Martinez swoją karierę z menadżerką rozpoczął w Swansea, klubie którego barwy przez trzy lata reprezentował jako zawodnik. Hiszpan już w październiku 2007, kilka tygodni po otrzymaniu nowej posady, wybrany został managerem miesiąca Ligue One po tym, jak jego drużyna odniosła cztery zwycięstwa w czterech kolejnych meczach. Swansea zaczęło grać bardzo ładny futbol, a Martinez kolekcjonował tytuły "manager of the month" - następny pojawił się na jego koncie w styczniu. Pod koniec trzecioligowej kampanii, Martinez został nominowany do nagrody Manager Sezonu, głównie dzięki temu, że razem ze Swansea (co było wtedy ogromnym zaskoczeniem dla fachowców obserwujących angielski rynek) wygrał ligę.

W Championship "The Swans" radzili sobie niemal tak samo dobrze. Co prawda piłkarzy z Liberty Stadium w pierwszym meczu zjadła jeszcze trema, przez co przegrali spotkanie przeciwko Charltonowi, lecz w następnych trzydziestu potyczkach, Swansea odniosła tylko cztery porażki, co jak na beniaminka trzeba przyznać, że wyczynem jest nielada. W miarę rozwoju sytuacji Martinezem zaczęły interesować się coraz to mocniejsze drużyny. Swoją ofertę do Swansea przysłał między innymi szkocki Celtic Glasgow, lecz to Wigan Athletic ostatecznie udało się przekonać Martineza do decyzji o podjęciu pracy w zespole z DW Stadium.

Niestety dla Martineza w Wigan już tak dobrze mu się nie wiedzie. W poprzednim sezonie drużyna straciła aż 79 goli, głównie dzięki wysokim porażkom z Chelsea (8:0) oraz Tottenhamem (9:1). Dla równowagi "The Latics" udało się pokonać na własnym boisku między innymi z Arsenalem czy Liverpoolem, jednak ostatecznie Wigan zakończyło sezon na 16 miejscu.

Przed nowym sezonem Martinez zaczął więc rozglądać się za piłkarzami, którzy mogą wzmocnić jego zespół i usprawnić grę Wigan, szczególnie w formacji obronnej. Do drużyny z DW Stadium dołączyli więc Ali Al Habsi, Antolin Alcaraz, James McArthur, Ronnie Stam, Mauro Boselli, a ostatnio Steven Caldwell. Czy pomogło to Wigan na starcie rozgrywek? Niekoniecznie...

Dwie, fatalne porażki w dwóch pierwszych kolejkach ustawiły podopiecznych Martineza pod ścianą. I o ile przegraną z Mistrzami Anglii można jeszcze przed sezonem wliczyć w koszta, o tyle pogrom, jaki sprawił Wigan beniaminek, jest już wynikiem niesamowicie zaskakującym. Co więc dzieje się z Martinezem, który przebojem miał zawojować Premier League? Jak już wspomniałem na początku, Wigan nie jest drużyną, której skład pozwala na myślenie o wyższym miejscu już od 10 w dół. Pierwsze 20-30 minut spotkania przeciwko Chelsea udowodniło, że Martinez potrafi ustawić odpowiednio swój zespół. W drugiej połowie coś jednak pękło. Gra przestała się układać, czego efektem aż pięć bramek straconych po zmianie stron.

W następnej kolejce Wigan wybiera się na White Hart Lane, gdzie w listopadzie ubiegłego roku poniosło haniebną porażkę z Tottenhamem. Jak będzie tym razem? Jeśli mam być szczery nie wróżę Wigan na razie nic dobrego. Nie tylko dlatego, że emocjonalnie łączy mnie niesamowicie wielka więź z drużyną z północnego Londynu. Jest też inny powód.

Martinez, tak jak wielkim trenerem dla mnie jest, tak nie umie ustawić swojej drużyny w spotkaniach wyjazdowych. Udowodnił to w Swansea, udowadnia to też w Wigan. Jeśli uda mu się zlikwidować i tę wadę, nie będę widział żadnych przeciwskazań, by w perspektywie kilku lat zajął miejsce Redknappa na ławce trenerskiej Tottenhamu. Na razie jednak niech się uczy. Srogie lekcje z pewnością mu się przydadzą. Teraz cierpi na tym Wigan, ale jestem przekonany, że pod wodzą Martineza i ten klub się jeszcze na kimś odkuje. Być może już na Tottenhamie?

 

sobota, 21 sierpnia 2010
Niesamowity fart na Britannia Stadium. Szczęśliwe zwycięstwo Tottenhamu

Wielu z nas spodziewało się właśnie takiego "widowiska". Tottenhamowi udało się ostatecznie wymęczyć zwycięstwo na Britannia Stadium w spotkaniu przeciwko Stoke City. Dwie bramki Garetha Bale pozwoliły ekipie z White Hart Lane zapisać sobie pierwsze w nowym sezonie trzy punkty za zwycięstwo. Zwycięstwo, co tu dużo mówić, niezwykle szczęśliwe. Bo to szczęście właśnie jest kluczowym słowem jeśli chodzi o dzisiejszy pojedynek.

Tak jak można było się spodziewać, Harry Redknapp w spotkaniu ligowym przeciwko Stoke dał odpocząć większości swoich gwiazd, które niedługo czeka arcyważny rewanż w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów z Young Boys. Niestety, część zmian wymuszona została kontuzjami czołowych zawodników Spurs, przez co zestawienie podstawowej jedenastki "Kogutów" wyglądało nieco eksperymentalnie. Osamotnionego w ataku Petera Croucha miała wspierać ze skrzydeł dwójka: Gareth Bale - Aaron Lennon, natomiast zagęszczony środek pola, który tworzyli: Tom Huddlestone, Wilson Palacios oraz Jermaine Jenas winien stanowić odpowiednie ubezpieczenie eksperymentalnie ustawionej defensywy, w której tematem numer jeden był powrót do składu Younesa Kaboula, którego jeśli już ostatnio w jedenastce Tottenhamu widzieliśmy, to ustawionego na prawej stronie defensywy. Z Londynu do Stoke nie pojechali między innymi: Robbie Keane, Roman Pawluczenko, Gio dos Santos czy Luka Modrić, dzięki czemu najbardziej doświadczonym piłkarzem Spurs na ławce rezerwowych był Niko Kranjcar. Oprócz niego w odwodzie Redknapp dysponował: Bassongiem, Walkerem, Naughtonem, Rose'em, Livermore'em i Alnwickiem. Przynajmniej na papierze nie wyglądało to za dobrze. Redknappowi w ataku pozostał jedynie Crouch- wszyscy pozostali narzekali na urazy, a jedyny, który mógł w razie czego zastąpić Petera - Jonathan Obika - został ostatnio wypożyczony do Ipswich Town. Spełnił się najczarniejszy scenariusz... 

Tottenham w pierwszych minutach próbował się oswoić z nową sytuacją. Ostatnio, gdy w lidze pod wodzą Redknappa graliśmy ustawieniem 4-5-1, nic dobrego z tego nie wynikło, więc obawy dużej części kibiców Spurs mogły być uzasadnione. "Koguty" starały się uważnie rozgrywać piłkę, nie popełniając błędów znanych ze spotkania przeciwko Young Boys. Bardzo aktywnie pracowały nasze skrzydła - szczególnie Gareth Bale wykazywał niezwykłą ochotę do gry, jednak niestety brak odpowiedniego wsparcia ze strony ataku nieco uniemożliwiał mu skuteczne dogrywanie piłek. Oprócz rajdów skrzydłowych Tottenham próbował również w ataku pozycyjnym rozklepać obronę gospodarzy, lecz akcje "Kogutów" nie kończyły się niestety celnymi strzałami na bramkę Soerensena. 

Jeśli więc nie potrafi się samemu strzelić, trzeba liczyć na odrobinę szczęścia, które w 20 minucie okazało się być po naszej stronie. Bardzo dobry rajd lewą flanką przeprowadził Aaron Lennon, który znakomicie zauważył wychodzącego na wolną pozycję Garetha Bale. Dośrodkowana przez Azzę piłka trafiła idealnie na nogę Walijczyka. Gareth przyjął futbolówkę i lekką podcinką spróbował pokonać golkipera gości, lecz z tego starcia to Soerensen wyszedł obronną ręką. Na szczęście nieopodal czyhał Peter Crouch, który natychmiast dobił odbitą piłkę głową, lecz na linii bramkowej znalazł się jeden z obrońców gości, który starając się ją wybić, uczynił to tak niefortunnie, że futbolówka przypadkowo trafiła w stojącego obok Bale'a i wpadła do siatki. Opisać farta tej sytuacji wręcz niesposób, co nie zmienia jednak faktu, że Tottenham dzięki trafieniu (w) Bale'a prowadził 1:0. Niestety, Stoke kilka minut później podobnym szczęściem udało się doprowadzić do wyrównania. Walkę o dośrodkowaną w pole karne piłkę z rzutu rożnego z Faye przegrał Younes Kaboul, a zgrana przez obrońcę Stoke futbolówka trafiła do zupełnie niekrytego Ricardo Fullera, który nie miał żadnych problemów z umieszczeniem jej w siatce. Podobno ilość szczęścia i pecha musi się równoważyć. Szkoda... 

Piłkarzy Tottenhamu stracony gol jednak nie załamał i ledwie 5 minut po doprowadzeniu do remisu przez Stoke, goście znów wyszli na prowadzenie. Po raz kolejny znakomitą asystą popisał się Lennon, który zauważył kompletnie niekrytego Bale czekającego w narożniku pola karnego na piłkę. Azza tam też futbolówkę dograł, a Bale długo się nie zastanawiając, kropnął z woleja nie dając Soerensenowi szans na skuteczną interwencję. Przepiękna bramka Walijczyka po raz drugi dzisiejszego popołudnia wyprowadziła "Koguty" na prowadzenie. 

W drugiej połowie gra się uspokoiła. Stoke starało się przejąć inicjatywę, co pomogłoby im przenieść grę pod pole karne Tottenhamu, w poszukiwaniu gola wyrównującego, jednak dobrze zorganizowana obrona Spurs nie pozwalała gospodarzom na wiele, a ci zmuszeni zostali do zagrażania bramce Gomesa poprzez stałe fragmenty gry. W głównej mierze były to długie wrzuty z autu Roya Delapa, najczęściej wybijane przez defensorów Tottenhamu. 

Sporo ożywienia w szeregach "The Potters" wniosło wprowadzenie na plac gry Turka, Sanliego Tuncaya, z którym zawodnicy Spurs nie mogli dać sobie rady. To właśnie Sanli dwukrotnie był bardzo bliski pokonania brazylijskiego bramkarza Tottenhamu, jednak za pierwszym razem wspaniałą interwencją popisał się Gomes, a za drugim razem piłka o centymetry minęła słupek bramki "Kogutów". 

Kolejną dobrą szansę na doprowadzenie do wyrównania Stoke stworzyło sobie w 85 minucie. Bardzo blisko pokonania Gomesa po raz drugi był Fuller, który otrzymał bardzo celne podanie ze skrzydła, jednak bramkarz Tottenhamu był na posterunku i uchronił swój zespół przed stratą gola. Wcześniej w dogodnej sytuacji po raz trzeci znalazł się Gareth Bale, lecz lob Walijczyka był zbyt słaby i sygnalizowany by móc pokonać Soerensena. 

Pod koniec podstawowego czasu gry raz jeszcze zakotłowało się pod bramką Gomesa. Stoke wykonywało rzut rożny, po którym uderzenie jednego z piłkarzy gospodarzy na poprzeczkę zbił bramkarz Tottenhamu. To nie był jednak koniec emocji związanych z tą akcją, gdyż do dobitki pośpieszył Walter, a jego strzał, zdaniem sędziego, jeszcze przed linią bramkową zatrzymał Peter Crouch. Kłócić się z arbitrem w tej sytuacji nie zamierzam, jednak moim zdaniem popełnił spory błąd, a jeśli już nie gol, to rzut karny za interwencję Croucha ręką, należał się "Garncarzom" z pewnością. Tony Pulis i jego drużyna z tej decyzji Foya mogą być bardzo niezadowoleni. 

Na nasze szczęście to był już koniec emocji w spotkaniu na Britannia Stadium. Przetrzebionemu Tottenhamowi udało się dowieść pierwsze ligowe zwycięstwo do samego końca. Zwycięstwo, patrząc na nie z perspektywy składu jaki na murawie stadionu w Stoke się pojawił, niezwykle ważne.

 
1 , 2
Paweł Raczek - dziennikarz amator, pisarz entuzjasta. Od 2004 roku związany emocjonalnie z Tottenhamem Hotspur, któremu to klubowi oddał serce, nerki, płuca, wątrobę i wszystkie inne narządy, które oddać można. Student socjologii na Uniwersytecie Medycznym, a także redaktor na stronach: spursmania.org, duzeka.pl i nicesport.pl. Od kilku miesięcy, z przerwą, prowadzi swój blog piłkarski, na którym to wylewa sportową żółć, krytykując to, co tylko skrytykować się da. Przecież szalenie niesprawiedliwa jest ta nasza piłka...
Skopiuj CSS